czasem myślę, że kuchnię i łazienkę powinnam mieć w jednym pomieszczeniu, bo coraz więcej super-hiper-ekstra kremów i innych mazideł zastępuję produktami z lodówki bądź kuchennej szafki, co wychodzi na plus nie tylko mojej urodzie, ale i portfelowi.
wystarczy prosty rachunek:
skórę mam bardzo suchą, która potrzebuje codziennej nawilżająco-natłuszczającej pielęgnacji, regularnych peelingów i w ogóle chuchania i dmuchania. jak dotąd z wielu przetestowanych przeze mnie kremów tylko jeden naprawdę podziałał - emolium emulsja specjalna (te wszystkie inne "skóra nawilżona przez 24 godziny", "widoczna poprawa stanu skóry w ciągu tygodnia" to czysty marketingowy pic na wodę). problem w tym, że buteleczka emolium kosztuje prawie 40 zł i przy oszczędnym używaniu starcza na miesiąc-dwa.
za te pieniądze mogę sobie kupić butelkę porządnej oliwy z oliwek, która nie tylko zdrowa, ale i bardzo użyteczna jest.
po pierwsze - łyżka/dwie cukru (bądź gruboziarnistej soli) zalana kilkoma łyżkami oliwy i mam peeling, który nie tylko świetnie złuszcza, ale i znakomicie natłuszcza i zmiękcza skórę. wystarczy wetrzeć to w siebie po kąpieli, spłukać letnią wodą i delikatnie osuszyć się ręcznikiem. i efekt naprawdę trwa 24 godziny (a nawet dłużej).
po drugie - łyżka oliwy, jedno jajko i sok z połówki cytryny to genialna nawilżająco-nabłyszczająca maska do włosów. oczywiście trochę więcej z nią roboty niż z ekspresowymi odżywkami ze sklepowej półki, bo po nałożeniu trzeba ją potrzymać na włosach ok. godziny w cieple (np. relaksując się w wannie, do której warto nalać prócz wody 0,5 l. tłustego mleka lub pracując przy komputerze w czepku termicznym i ręczniku na głowie), ale efekt wart jest tego czasu.
i można tak wymienić jeszcze co najmniej kilka sposobów wykorzystania oliwy w pielęgnacji, ale te dwa to moje ulubione, a to tylko oliwa.
poza tym lekko rozjaśniam sobie włosy sposobem zareklamowanym na forum szafiarek - miksturą z miodu (trzeba cierpliwości, ale ja widzę efekty, niestety głównie na końcówkach), maseczki na twarz robię sobie z twarożku i czasem z białej glinki, a spierzchnięte usta ratuję miodem.
z tymi rachunkami to może przesadzam, ale tak mam, że wolę robić zakupy "kuchenne" niż "łazienkowe", bo i gotować wolę niż spędzać czas przed lusterkiem, a takie mieszanie sfer przynosi bardzo pozytywne efekty :).
a wy czego z kuchni używacie w łazience?









